Po Internecie krąży mem z wizerunkiem Adama Mickiewicza i parafrazą słów naszego wieszcza:

Kochana jesieni,

Z Tobą jest jak w raju

Lecz przyjdź kiedy trzeba

 A nie … w maju

We wszystkich mediach od kilku dni sytuacja pogodowa i hydrologiczna na południu Polski jest tematem numer jeden, wiec na pewno wiecie, że pada, pada, pada… Dni słoneczne w maju można by policzyć na palcach jednej ręki. Gdyby nie zieleń, bardzo sporadyczne burze i całkiem przyjemne, kilkunastostopniowe temperatury, aura rzeczywiście przypomina listopadową. Skoro więc jesień, to wkrótce zima! A jak zima to trzeba palić w piecu. Czym? I tu dochodzimy do sedna tematu.

Odgłosy pilarek spalinowych to nieodłączne elementy fonii bieszczadzkich wsi, od wiosny do jesieni ubogacanej dodatkowo warkotem podkaszarek i kosiarek. Jako że Bieszczady lasem stoją, większość z nas, mieszkańców, używa drewna jako materiału opałowego. Stąd też nie ma dnia by ktoś na podwórku nie rzęził piłą wyrabiając opał. Od kilku lat da się zaobserwować, że coraz więcej osób przechodzi na ekogroszek (czyli węgiel, jak by go nie nazywać), zwłaszcza tych, którzy budują nowe domy. Bez dwóch zdań jest to rozwiązanie bardzo wygodne bo takie nowe piece są właściwie bezobsługowe. Sporo jest nowych, ekologicznych rozwiązania czerpiących energię ze słońca, jednak naprawdę rzadko na którym podwórku nie ma szopki na drewno. Ja, budując dom kilka lat temu wyszedłem z założenia, że „mieszkać w lesie” i palić w piecu węglem to jakiś absurd. Tym bardziej, że żywotność każdego pieca jest ograniczona i z pewnością będę musiał go za kilka lat wymienić. W dobie obecnych przepisów i ogólnej troski o stan jakości powietrza w naszym kraju  zdaje się, że wcześniej niż później – to tak na marginesie. Jest jeszcze jeden argument – ja drewno po prostu lubię i z racji swojego wieku mam jeszcze siłę i ochotę się z nim bawić.  W minionym roku postawiłem nawet nową, taką z prawdziwego zdarzenia drewutnię. Poza tym mając kominek, kuchnię (taką jak dawniej, opalaną drewnem, z fajerkami) i miejsce na ognisko zawsze tego drewna trochę potrzeba.

W Bieszczadach palimy przede wszystkim bukiem. Oczywiście najlepiej, aby drewno było przynajmniej dwa lata sezonowane, bo ma wtedy większą wydajność energetyczną no i nie zakleja tak komina, jak świeże, mokre. Też bym tak chciał i może kiedyś się wreszcie uda dojść do tego stanu. A zdaje się, że jestem na dobrej drodze! Pamiętam, gdy dostałem pierwsze mieszkanie w Lutowiskach drewno przyjechało na podwórko we wrześniu. I to takie, że „jeszcze wczoraj ptaszki na nim śpiewały”, jak to się u nas mówi. Cóż było robić… Taka była potrzeba chwili. Ile razy już obiecywałem sobie, że będę je kupował na jesieni, by przeleżało jedną zimę w szopie i spalać je dopiero w kolejnym sezonie grzewczym. Ale nie jest to takie proste. Zapominalskich nie brakuje i im bliżej zimy, tym popyt na opał większy. Z praktycznego punktu widzenia drewno kupuje się z reguły w najbliższym leśnictwie, by zminimalizować koszty transportu. A każde leśnictwo ma swoją specyfikę i każdego roku pozyskuje ograniczoną ilość surowca, który można przeznaczyć na opał. Większość sprzedawana jest też odbiorcom zakontraktowanym, którzy biorą je w ilościach hurtowych. Swoje robią też warunki pogodowe – gdy spadnie śnieg zwykłym (nieprzystosowanym do pracy w lesie) traktorem czy samochodem z paką do lasu nikt rozsądny nie pojedzie. Podsumowując nie wygląda to tak, że jeden telefon do leśniczego i jutro jedziemy „po metry”.

Ubiegłej jesieni z zakupu drewna nic mi nie wyszło, dlatego gdy tylko się ociepliło wróciłem do tematu. Leśniczy mnie zaskoczył bo nawet nie kazał czekać, tylko przyjeżdżać. Co prawda aż pod Rosochate (w paśmie Otrytu), ale nie było co wybrzydzać. Jest? To trzeba brać! Do lasu pojechaliśmy z kolegą, który ma traktor i dwukółkę.  Muszę przyznać, że trochę się wyrwałem bo na stokówce od północnej strony gdzieniegdzie zalegał jeszcze śnieg i mieliśmy poważny problem z wyjechaniem z pełnym ładunkiem, ale przywieźliśmy łańcuchy na koła i choć zeszło nam cały dzień, to się udało. Już o zmierzchu bo po 18:00 ale całe 16 metrów buka było pod domem. Utargowałem też kilka wałków drewna iglastego „na rozpałkę” , pozyskanego na zasadzie posprzątania składu, oczywiście za zgodą leśniczego.

Do akcji cięcia jak co roku zaprosiłem mojego tatę, który zawsze chętnie przyjeżdża. Cięcia było sporo, bo materiał dość cienki, niemal same wałki. Zbytnio mi to jednak nie przeszkadza, bo nie trzeba się było nadźwigać i odchodzi rąbanie. A grubego zostało sporo z zeszłego roku. Z drugiej strony wałki dłużej schną jak szczapy… Czyli jak to w życiu – każdy kij ma dwa końce. Przy cięciu pogoda nas nie rozpieszczała i robiliśmy sporo przerw na co intensywniejsze opady. Suma summarum w dwa dni wszystko zostało pocięte, mało tego, złożone w drewutni i jeszcze udało nam się pod wieczór drugiego dnia pójść na ryby. Długo nad stawem nie posiedzieliśmy, a ryby nie brały,  bo oczywiście  – jak to w maju w tym roku –  rozpadał się deszcz …

W temacie drewna na ten rok to jeszcze nie koniec, bo oprócz grubego materiału zamówiłem ładunek bukowych klepek z tartaku, którymi palimy w lecie na ciepłą wodę. Te też trzeba poskładać, trochę pod tarasem, trochę pod okapami szopy by miały szansę wyschnąć. Tylko najpierw… musi przestać padać 🙂

Ze smutkiem ogromnym oznajmiamy, że nasza Gojeczka, kotek nasz najmilszy, opuścił naszą ekipę Aktywnych Bieszczadów … Niespodziewanie, błyskawicznie i zdecydowanie za wcześnie. Co się naprawdę stało nie dowiemy już pewnie nigdy. W każdym razie w piątkowy wieczór Goja nie przyszła do domu, lecz położyła się w garażu. Gdy ją zauważyłem bardzo ciężko oddychała. Potem spędziła z nami jeszcze dwie godziny, gasnąc na naszych oczach… Konsultacje weterynaryjne wskazują że najprawdopodobniej czymś się zatruła.

Goja była z nami niespełna trzy lata, a to szmat czasu. Ilonka przywiozła ją z Seredniego obok Polany, jako małą, szara kuleczkę. Była taka malutka, że chodząc po domu bała się sęków w podłogowych deskach. Szybo poznaliśmy jej niezmiernie spokojną i otwartą osobowość. Kilka kotów z nami już mieszkało i żaden nie był tak radośnie spokojny i ciepły jak Goja. Nawet pojawienie się w domu szalonej i zadziornej Kropeczki (zupełnie inna kocia osobowość) nie zmąciło jej pogody ducha. Goja była prawdziwym kompanem na dobre i na złe. Chodziła z nami na spacery (nawet pod Otryt!), a gdy maleńki Mikołaj płakał często jeszcze przed nami biegła do niego i kładła się w jego nóżkach…. Nigdy nie dotknęła go pazurkiem, choć ten nie raz i nie dwa bez przesadnej delikatności miętosił jej puchate futerko. Przeżyła potrącenie przez samochód i rozległe zakażenie tylnej łapki, po którym przez tydzień nie mogła się poruszać… Każdej wiosny, gdy trawa nie była jeszcze zbyt wysoka, bardzo pilnie przeczesywała okoliczne łąki  skutecznie łowiąc myszy i nornice. Trofea przynosiła na wycieraczkę, a raz nawet do domu. Uwielbiała być głaskana, nie tylko po grzbiecie, ale przede wszystkim po zabielonym brzuszku… Mizianie było przyjemnością tak samo dla niej jak i dla nas.

Ehhhhh… można by tak wspominać i wspominać. Goja – bardzo nam Cię brakuje! I jeszcze długo będzie brakowało. Miska z twoimi ulubionymi chrupami stoi wciąż na parapecie dużego okna.

Prognozy  majówkowe sprawdziły się tylko w części. Pogoda była w kratkę, ale w sumie poza sobotą (i niedzielą, gdy już wszyscy masowo opuszczali Bieszczady) warunki do wędrówek były całkiem przyjemne. Nasi przemili goście, których serdecznie pozdrawiam, korzystali z tego w pełni i zdaje się, że złapali bakcyla Bieszczadów, bo niektórzy zapowiadają powrót już w lipcu.

Aura nie tylko w Bieszczadach, ale ogólnie na południu Polski spłatała największego figla wczoraj, gdy sprezentowała nam opady deszczu ze śniegiem i śniegu. W Lutowiskach symboliczne, ale im dalej na wschód i poludnie tym było bardziej biało.  Ot taki kaprys natury. Zobaczymy co będzie za tydzień –  dwa, gdy w kalendarzu nadejdą tzw. „zimni ogrodnicy”. Miejmy nadzieję, że zimowy epizod w maju mamy już za sobą i naszym ogródkom i sadom nic już nie grozi.

Początek maja to bowiem czas, gdy plecy odczuwają trudy nadmiernego schylania się nad rabatkami 🙂 I my mamy obok domu niewielki skrawek ziemi, który uprawiamy. Trochę z pasji, trochę z przyzwyczajenia, trochę wreszcie dla plonów. Czas w ostatnich dniach dzieliliśmy między innymi na pierwsze tegoroczne nasadzenia. Teraz zajęcie miała głównie Ilonka, bo odchwaszczenie, przekopanie i nawiezienie kompostem wykonałem ja już troszkę wcześniej. Był plan by wykonać w tym roku rabaty podwyższane, jak to się zwykło fachowo nazywać, ale brak desek pod domem, kolejka w tartaku i inne czynniki spowodowały, że pomysł trzeba odłożyć na przyszły rok. A przecież nie można odwlekać nasadzeń w nieskończoność, by zdążyć się nacieszyć tym co wyrośnie. W Bieszczadach okres wegetacji jest sporo krótszy niż na nizinach, czego najlepszym przykładem są pomidory. Jeśli nie rosną pod folią (a u nas nie rosną bo jej – jeszcze – nie mamy) rzadko zdarza się, że zdążą się pięknie zaczerwienić przed przymrozkami. Oczywiście zanim pomidory wylądują na grządce musi minąć jeszcze trochę czasu bo teraz wzrastają w donicach. To tylko taki przykład.

W każdym razie sałaty, koperek, marchewki, pietruszki, groszek, bób i sam nie wiem jeszcze co już leży w mokrej ziemi i czeka na cieplejsze dni i noce by móc wzrastać. Ja tradycyjnie posiałem tylko słoneczniki, które uwielbiam łuskać. W tym roku nie tylko pod ścianą szczytową domu, ale też przy ogródku. Obym ich tylko nie skosił w ferworze walki z trawą 😉 Na tej naszej gliniastej w większości ziemi plony są całkiem spore. Cieszą oko ale i podniebienie. To co urośnie wykorzystujemy między innymi do podawanych gościom śniadań. Sałaty, szczypior, cebula, potem ogórki (jak się udadzą) zrywane świeżo z grządek już niedługo mam nadzieję powędrują na stół.

Pomijając kwestie nakładu pracy (którą raczej trzeba traktować raczej w kategoriach hobby, a nie przymusu) aby plon się udał czeka nas jeszcze jedna wojna do wygrania. Wojna długa i nierówna, bo po drugiej stronie staja cała armia…ślimaków. Mowa o pomrowie– nie wytwarzającym muszli, nie mającym naturalnych wrogów (poza ludźmi), pleniącym się  na potęgę gadzie! Pomijając wszelkie nornice, turkucie, chrabąszcze i tym podobne, to chyba w ostatnich czasach największe utrapienie. Sól, trociny, piwo, środki ze sklepu a przede wszystkim słoik i rękawiczki do zbierania cholerstwa – takie działa stosowane zamiennie przeciwko nim wytaczamy. Choć rabaty jeszcze puste, przeciwnicy już się pojawiają… Zatem do broni! Podobnie jak w minionych latach nie poddamy się tak łatwo!