Za nami pierwsze dwa tygodnie wakacji, bardzo ciepłe a momentami upalne (choć nie aż tak, jak na zachodzie Polski). Tym razem pogoda zsynchronizowała się z kalendarzem i miało być lato więc jest. Ku uciesze dzieciaków, urlopowiczów, rolników.

Wspominam o rolnikach, bo choć jest ich w Bieszczadach niewielu to akurat w tym czasie mają najwięcej pracy. Mam tu nam myśli prawdziwych gospodarzy, a nie osoby ubezpieczone w KRUS-ie. Swoją drogą, dobry teraz czas by zaobserwować, jak niewielki procent areału bieszczadzkiej ziemi jest zagospodarowany, a jak ogromne połacie, najczęściej sprywatyzowane na początku lat 90-tych, mające właścicieli w przysłowiowej „Warszawie”, pełnią rolę (tak mi się wydaje) użytków ekologicznych.

Żniw u nas nie ma, bo zbóż nikt tu nie sieje. Z resztą na żniwa jeszcze by było za wcześnie. Przełom czerwca i lipca to czas sianokosów. Dlatego warkot traktorów z kosiarkami, prasami czy przyczepami dominuje ostatnio w naszej przestrzeni, z godziny na godzinę zmieniając krajobraz. Łąki pełne balotów, a po ich posprzątaniu wyróżniające się pośród innych świeżością zieleni przywołują wspomnienia z dzieciństwa, gdy siano zbierało się jeszcze widłami na wóz drabiniasty. To się zmieniło, ale bociany – tak jak dawniej – całymi grupami chodzą za traktorami, licząc na łatwy łup w świeżo wystrzyżonej trawie.

W Lutowiskach mamy kilku rolników hodujących krowy, jedną dużą stadninę koni oraz jedno gospodarstwo owczarskie. Przedwczoraj, będąc ma spacerze z Mikołajem, mijałem spryzmowane świeże baloty na skraju jednej z łąk, bardzo dokładnie otoczone pastuchem. Pomyślałem że ogrodzenie zrobiono po to , by przypadkowe osoby nie próbowały wspinać się na pryzmę i przypadkiem nie uszkodziły folii. Tym bardziej że bale leżą przy ścieżce turystycznej, a widok z nich na góry jest cudowny. Sam nie raz przesiadywałem na takich balotach 🙂 Jakie było moje zdziwienie, gdy spotkana we wsi mama gospodarza oznajmiła mi, że ogrodzenie wykonano z powodu niedźwiedzia, który kilka nocy wcześniej zawitał na pryzmę i bawił się „dużymi białymi kulami”, niszcząc przy tym folię na kilkunastu z nich. Heh – może miś jeszcze nie wie, że borówki na połoninach już czernieją. Niech pędzi tam czym prędzej!

Po tygodniu pracy – nie tylko rolnikom – należy się odpoczynek. Dobrą okazją do relaksu będzie odbywająca się w najbliższą sobotę, 6 lipca w Lutowiskach kolejna odsłona Powojennych Targów Końskich. To już na stałe wpisane w nasz krajobraz letnie wydarzenie kulturalne z końmi w tle. W południe przez wieś przejdzie okazała i barwna parada koni i jeźdźców (w zeszłym roku było to 100 koni!). Gdy koński  korowód  dotrze na boisko za szkołą, rozpocznie się tam  trwający do wieczora kiermasz produktu lokalnego, rękodzieła i swojskiego jadła. Wszystko to będzie przeplatane koncertami i rozmaitymi konnymi pokazami. Polecam i zapraszam.

Wędrując po Bieszczadach korzystamy ze szlaków i ścieżek turystycznych, oznaczonych na mapach i w terenie, które wiodą połoninami, lasami, drogami. Kolorowe paski i kwadraty (a w przypadku szlaków konnych pomarańczowe kółka na białym tle) namalowane na drzewach, słupach, kamieniach pozwalają nam czuć się bezpiecznie, a tabliczki kierunkowe dodatkowo dają nam komfort dobrego rozłożenia sił, by ich nam nie brakło podczas wędrówki. W niektórych miejscach, zwłaszcza na węzłach szlaków, można  też spotkać schematyczne mapki które pozwalają się zorientować gdzie jesteśmy, nawet gdy nie mamy ze sobą turystycznej mapy. Zastanawialiście się kiedyś kto te wszystkie elementy znakowania projektuje i wykonuje?

Odpowiedź jest prosta. Znakarze szlaków turystycznych 🙂 Jest taka profesja, a uprawnienia znakarskie uzyskuje się kończąc kurs znakarski który organizuje Polskie Towarzystwo Turystyczno- Krajoznawcze. Ja oczywiście znakarzem nie jestem, ale z racji swoich obowiązków służbowych ze szlakami do czynienia mam, a ostatnio miałem nawet wiele wspólnego ze znakowaniem. .. Ale po kolei.

W roku 2009 zajmowałem się stworzeniem ścieżki przyrodniczo historycznej Ekomuzeum „W Krainie Bojków w Zatwarnicy”. Ścieżka prowadzi doliną potoku Hylatego (tam gdzie jest największy w Bieszczadach wodospad) na szczyt Dwernik Kamień,  funkcjonuje do dziś i jest jedną z trzech alternatyw na zdobycie tej jednej z moich ulubionych gór. Wtedy właśnie poznałem Pana Franciszka Adamczyka, wówczas jeszcze pracownika Bieszczadzkiego Parku Narodowego, zajmującego się po godzinach znakowaniem szlaków. Pan Franciszek, dziś już na zasłużonej emeryturze, to człowiek legenda. Goprowiec, przewodnik, fotograf amator, pasjonat Bieszczadów, ich historii i topografii  no i przede wszystkim znakarz górskich szlaków turystycznych.  O ile mnie pamięć nie myli profesją znakarską zajmuje się w Bieszczadach od lat 70 tych. Nie kto inny jak on wyznakował na przestrzeni minionych dziesięcioleci większość szlaków i ścieżek po których wędrujemy zwiedzając Bieszczady. Wyznakował, a potem je konserwował, poprawiał i naprawiał. I do tej pory to robi. Zawsze w spodniach moro, przewodnickiej koszulce i kraciastej flanelowej  koszuli, z plecakiem pełnym najrozmaitszych skarbów z którym nigdy się nie rozstawał wychodząc w góry. Stara dobra przewodnicka szkoła. Przy Ośrodku Informacyjno – Edukacyjnym  BdPN w Lutowiskach mieściła się jego baza, gdzie wszystko planował, projektował i tworzył. Pan Franciszek nigdy nie chodził na skróty i  wszystkie drewniane turystyczne drogowskazy, mapki schematyczne i inne elementy  wykonywał samodzielnie, zgodnie ze sztuką.

Dokonując odbioru wspomnianej ścieżki w Zatwarnicy miałem okazję pierwszy raz iść z nim w góry, by zobaczyć, jaki jest finalny efekt prac. To wtedy pierwszy raz liznąłem znakarskiego rzemiosła, bo na dzień dobry dostałem pod pachę tablicę, którą trzeba było zamontować na szczycie. Taka ok. 40 x 80 cm, strasznie nieporęczną, którą taszczyłem przez dwie i pół godziny… Do tego podstawowy atrybut znakarza czyli drewniany koszyk w kształcie łubianki na truskawki, podzielony na kwaterki. W koszyku 3 słoiki z farbą (białą, kolorem szlaku i szarą), rozpuszczalnik,  kilka pędzli  o różnej grubości, szablony i szmatki. Pan Franek dźwigał inną tablicę oraz resztę sprzętu czyli siekierę, ośnik (do korowania drzew), szczotki druciane do czyszczenia drzew, młotek, gwoździe i nie pamiętam co jeszcze. Na szyi oczywiście aparat fotograficzny (do wykonywania dokumentacji powstałej infrastruktury i oznakowania – w razie gdyby trzeba było odtworzyć poszczególne elementy)  oraz plecak, a w nim kilka pętek kiełbasy na czas gdy zgłodniejemy. Była to przygoda, naprawdę! Oprócz trudów wyprawy w pamięci zostało z niej jeszcze mnóstwo informacji. To wtedy dowiedziałem się czym jest Instrukcja Znakarska, kiedy malujemy prostokąt a kiedy kwadrat, że znak od znaku powinien być (jeśli to możliwe) co 50 metrów i mnóstwo innych szczegółów którymi nie będę zanudzał. Łącznie z obaleniem mitu w który sam wierzyłem, że kolor szlaku oznacza jego trudność. Kto z nas się nie bał czarnych szlaków?? :D:D:D

Potem kilka razy odnawialiśmy ścieżkę Trzy Kultury wokół Lutowisk, ale to już była bułka z masłem bo właściwie po równym i prawie wszędzie dało się podjechać autem. Nie lada wyzwaniem była natomiast renowacja niebieskiego szlaku z Wołosatego na Tarnicę, którą wykonywaliśmy wraz z … Gruzinami w roku 2015.  Było to jedno z działań realizowanego wówczas projektu współpracy gminy Lutowiska z miastem Borżomi, a jego celem było zapoznanie Gruzinów z zasadami znakowania szlaków w Polsce na przykładzie Bieszczadów (Gruzini na tamten czas nie mieli ujednoliconego systemu znakowania tak jak jest to w Polsce i każdy gruziński park narodowy czy samorząd znakował po swojemu). Pan Franciszek występował wtedy w roli nestora i instruktora, wzbudzając u gości z Kaukazu podziw i ogromny szacunek.

Na przestrzeni już ponad 10 lat jak z Panem Frankiem współpracuję nie spotkałam ani nawet nie słyszałem o innym znakarzu w Bieszczadach. A to trochę kłopot, bo niemal każdej wiosny jest coś do poprawki. Nie dalej jak tydzień temu dzwonię do niego z prośbą o pomoc przy oznakowaniu fragmentu ścieżki prowadzącej z Dwernika Kamienia do Schroniska Koliba. W zeszłym roku zawalił się mostek prowadzący przez potok Nasiczniański  w Nasicznem i wobec braku możliwości bezpiecznej przeprawy w tym miejscu przebieg ścieżki musiał być zmieniony. Pan Franek telefon odebrał ale poinformował mnie że jest w rodzinnych stronach w Koszalinie. Dostałem jednak błogosławieństwo więc chcąc nie chcąc wziąłem się do roboty. Zaprojektowałem tabliczki i zleciłem do wykonania. Potem zamalowałem szarą farbą znaki ścieżki na skasowanym odcinku, wkopaliśmy z kolegą kilka słupów, zrobiłem kilka szablonów i jakoś tam pomalowałem 😛 Znając Pana Franka to jak wróci i się tak wybierze to mi się odstanie za brak precyzji w malowaniu kwadracików… Na szczęście to bardzo krótki odcinek 🙂

Jak spotkacie kiedyś Pana Franka na szlaku, ukłońcie mu się serdecznie. Za trud pracy i serca zostawiony na bieszczadzkich szlakach naprawdę mu się to należy! Na koniec kilka zdjęć z Przełęczy Nasiczniańskiej wykonanych podczas prac znakarskich.

Zwykło się narzekać, że wszędzie z naszych Bieszczadów daleko. Taka też prawda, że chcąc cokolwiek załatwić czy kupić trzeba jechać na północ, do Sanoka, Rzeszowa czy Przemyśla. No chyba że chcemy kupić po promocyjnej cenie paliwo to ewentualnie na wschód, jeśli mamy paszport i lubimy stać w kolejkach na granicy 🙂 Czasami jeździ się jednak i na południe czyli na Słowację. I o tym dziś słów kilka.

Pierwsza moja przygoda ze Słowacją to rok 2001  i piesza wycieczka szlakiem z Maniowa do wsi Osadne. W owym czasie w Balnicy, na polsko – słowackiej granicy,  funkcjonowało w okresie letnim turystyczne przejście graniczne, nota bene  zlikwidowane w roku 2007. Wybraliśmy się tam grupą kilku przyjaciół by przy okazji górskiej wędrówki zakupić nieco słowackiego piwa. Pamiętam jak dziś, że na granicy nie zastaliśmy nikogo, nie było też jakiś wyraźnych tabliczek o zakazie przekraczania granicy (albo ich nie widzieliśmy). Były za to oznakowania, którędy należy iść do Osadnego. Nie zważając na okoliczności, mając świadomość że jesteśmy już w połowie drogi, z  paszportami w kieszeniach ruszyliśmy śmiało przed siebie i po mniej więcej godzinie byliśmy już na starej, wąskiej asfaltowej dróżce prowadzącej do wsi. Pamiętam ogromne, oblepione orzechami  leszczyny które rosły wzdłuż wspomnianej  drogi i w miłym cieniu prowadziły nas do miejsca docelowego. Odpocząwszy pod sklepem, zapakowawszy plecaki Keltami, Smadnym Mnichem i Studentska czekoladą ruszyliśmy w drogę powrotną. Upał i ciężar plecaków dawał nam się znaki. Sytuacja była patowa, bo im bardziej odciążaliśmy plecaki na postojach, tym bardziej ubywało nam sił do marszu 😉 Na granicy znów nikogo nie było co bardzo nas ucieszyło, bo gdzieś z tyłu głowy siedziało, że chyba nie wszystko zrobiliśmy zgodnie z literą prawa. Tak czy siak, siedząc już po polskiej stronie usłyszeliśmy odgłos nadjeżdżającego pociągu! Wszak Balnica – tak samo dziś jak i przed laty to jedna ze stacji docelowych Bieszczadzkiej Kolejki Leśniej. Z nieba nam ta kolejka spadła. Jechałem nią wtedy pierwszy i jak na razie jedyny raz. Upoceni, zmordowani, podchmieleni, z ogromnymi pełnymi brzęczących butelek plecakami, w towarzystwie dziesiątek mniejszych i większych rozbawionych dzieciaków. Naprawdę było wesoło! I tak dotarliśmy do Majdanu, oszczędzając nasze osiemnastoletnie wtedy kręgosłupy.

Później temat Słowacji stał mi się bliski w roku 2008, już za sprawą obowiązków służbowych i nawiązanych wtedy partnerskich relacji pomiędzy Lutowiskami a słowackim Stakcinem, nieopodal Sniny.  Zawiązana wtedy współpraca, kontynuowana zresztą do dziś, przeplatana na przestrzeni lat wspólnymi projektami, imprezami, wymianami młodzieży, strażaków itd., po latach przyniosła mi osobiście dobre zaznajomienie się z tamtymi stronami i grono serdecznych przyjaciół wśród Słowaków.

Góry nie uznają granic administracyjnych i po naszej czy słowackiej stronie są równie piękne. To co mnie tam zawsze najbardziej fascynuje to autentyczność tego regionu. Ruch turystyczny (w porównaniu z Bieszczadami) jest tam znikomy co powoduje, że krajobraz słowackich wiosek nie zmienia się tak szybko jak u nas. Do tego historia z Rusnakami (tak sami siebie nazywają; wciąż żywy jest  także rusnacki dialekt) obeszła się łaskawiej niż z polskimi Bieszczadami, co świetnie widać po wiejskiej architekturze. Nie wspominając o tradycyjnych drewnianych budynkach sakralnych jak te we wsiach Jalova, Topola, Rusky Potok czy Ulicskie Krive. To prawdziwe perełki. No i ten niepowtarzalny klimat. W każdej, najmniejszej nawet wsi znajdzie się gospoda, gdzie można nie tylko napić się piwa czy palenki, ale także coś jeść. Pamiętam pobyt jednego razu w Runinie, gdzie spaliśmy w starej, podremontowanej pod turystów chyży, a stołowaliśmy się w gospodzie u Mira. Gdy przyszła pora obiadowa szliśmy we czterech wraz z właścicielem baru do jego mamy by przenieść do lokalu ogromny gar z gulaszem uwarzonym w domu. W wielu wsiach, np. Nowej Sedlicy, wciąż żywe są stare rusińskie zwyczaje co często obserwuję po udostępnianych w Internecie zdjęciach moich znajomych. Nie chcę pisać truizmów, że czas płynie tam wolniej i spokojniej. Po prostu kraina ta ma swój niepowtarzalny urok i folklor, który wielu wielbicielom Bieszczadów na pewno także przypadłby do gustu.  

Ostatnio byłem w Stakcinie w połowie maja na kolejnej już odsłonie imprezy pod hasłem Lude pud Nastasom, czyli Ludzie spod Nastasa (Nastas – nazwa własna pasma górskiego)  – lokalnym festiwalu podczas którego mieszkańcy całej okolicy prezentują swój dorobek artystyczny, rzemieślniczy, a także swoje aktywności w ramach rozmaitych grup tematycznych i stowarzyszeń. W okresie letnim takich i podobnych imprez odbywa się tam sporo po poszczególnych wioskach. Na festiwal pod Kremencem w Nowej Sedlicy sam planuję się kiedyś wybrać szlakiem turystycznym prowadzącym od nas przez Małą i Wielką Rawkę do Nowej Sedlicy właśnie.

Sam Stakcin to miejscowość zamieszkana przez nieco ponad 2 tysiące mieszkańców, z zapleczem hotelowym i gastronomicznym. Świetna baza wypadowa do wsi położonych w Parku Narodowym Połoniny. Nieopodal Stakcina znajduje się też przepiękny zbiornik wodny Starina, będący zapleczem wody pitnej dla 1/3 Słowacji. Z tego powodu jest on wyłączony z jakiegokolwiek użytkowania rekreacyjnego. W centrum miejscowości, która dwa lata temu świętowała 700 lat istnienia uwagę zwraca przepiękny stary park i remontowany etapami zabytkowy kasztel. W budynku Obecnego Domu (miejscowego urzędu) wynajmowane są pokoje w standardzie turystycznym za symboliczne kilkanaście euro. Ciekawostką jest też to, że w Stakcinie istnieją świątynie trzech obrządków – prawosławnego, greckokatolickiego rzymskokatolickiego. W związku z tym w niedzielę pospać się za długo nie da, bo dzwony bijące we wszystkich świątyniach na przemian od wczesnego ranka skutecznie to uniemożliwiają 🙂  Stosunkowo niedaleko ze Stakcina także na Ukrainę, bo do przejścia granicznego w Ubli jest 20 kilometrów.

Gdybyście chcieli się tam wybrać serdecznie polecam. Na koniec rada praktyczna – najlepsze piwo w Stakcinie jest tam, gdzie chodzą  miejscowi czyli  U Cvana (obok parku)  albo U Oriecha (wylotówka na Starinę). Oczywiście czapowane!