Natrafiłem wczoraj na jednej z facebookowych grup na pytanie: „Czy warto przyjechać w Bieszczady o tej porze roku?”. Komentarzy mnóstwo. Jako że grupa skupia z założenia miłośników Bieszczadów, większość odpowiedzi była w stylu: „ Tak!!!”, „Zawsze warto!”, „Tam jest zawsze pięknie” itp. Myślę,  że pisali to Ci, których  – jak śpiewało Stare Dobre Małżeństwo – bieszczadzki anioł  trącił swoim skrzydłem i przepadli bezpowrotnie, lecz trudno nie przyznać im racji. Ja osobiście też powielam ten entuzjazm.

Wczesnowiosenne łażenie po górach, a jeszcze bardziej po dolinach, to świetna gratka dla tych, co już nasycili się po części malowniczymi widokami z połonin. Jak wiadomo mnóstwo jest tu miejsc, dawnych wsi,  które niegdyś gęsto zaludnione,  po wojnie zniknęły z krajobrazu. Przeważnie jednak cos tam, gdzieś tam zostało. Podmurówki dawnych cerkwi, ruiny dzwonnicy, pozostałości młynów a nawet stare piwnice. Hulskie,  Krywe, Tworylne, dolina górnego Sanu to te najbardziej znane lokalizacje.  Wszystko to jest w przewodnikach dokładnie opisane. I można się tam wybrać w lipcu lub sierpniu, nie ma problemu. Tylko po co przedzierać się przez dwumetrowe pokrzywy? Nie wierzycie że pokrzywy mogą być takie duże? Przypomnijcie się proszę latem, to wam udowodnię. Najczęściej nie są to miejsca do których prowadzą wyznakowane, wydeptane setkami par górskich butów ścieżki czy szlaki.  Dlatego teraz, gdy przyroda jeszcze uśpiona i wszystko widać jak na dłoni, jest najlepszy czas na takie eksploracje.

W miniony weekend wraz z kolegą z Katowic, który zajrzał na weekend do Lutowisk,  wybraliśmy się właśnie na taką rodziną wycieczkę z dzieciakami do jaskini w Rosolinie, obok Polany. Rosolin to jedna z tych wsi, po której została tylko nazwa. My tym razem, ze względu na skład wiekowy uczestników wycieczki,  nie szukaliśmy tam niczego więcej poza spokojem i przestrzenią, gdzie najmłodsi mogliby się wybiegać. No dobra – po cichu liczyłem, że może uda się znaleźć jakieś zrzucone przez byka poroże 😉  Na próżno.  By dzieciaki zmobilizować został jasno określony cel wyprawy czyli dotrzeć do słynnej rosolińskiej jaskini czy, jak piszą inni, groty. Sam byłem ciekaw jak to wygląda, gdyż do tej pory znałem to miejsce tylko z opowieści i fotografii. Przyznam, że miejscówka jest naprawdę urokliwa, choć samej osobliwości geologicznej zdecydowanie bliżej do groty niż jaskini. Skalna ściana w której grota się znajduje jest bardzo okazała, a klimatu dopełnia płynący tuż obok wartki potok.

Prawdziwe bieszczadzkie jaskinie znajdują się w Nasicznym. Nie prowadzi do nich szlak (są dwie – górna i dolna), ale po mapie  trafiliśmy tam z kolegami, lata temu. Oj, były emocje, bo jedna z nich, choć zaczyna się od niepozornej dziury w ziemi to robi wrażenie. Jest też jaskinia pod Tarnicą  do której wejście zostało zasypane i jeszcze jedna gdzieś w okolicach Kiczery  Dydiowskiej, ale tam nie byłem. Zapowiada się ciepły i słoneczny weekend. Może by jej poszukać?

Zdjęcia z Rosolina

Od dziś mamy kalendarzową wiosnę. I jak na razie tylko kalendarzową. Rano termometr wskazywał -6 stopni i bez skrobania szyb w aucie się nie obeszło. Przedwczorajszego ranka zaś było całkowicie biało. Prognozy mówią, że po niedzieli znów można się spodziewać zimowego epizodu. Zieleni wokół jak na lekarstwo, choć tulipany pod domem już w gotowości by zakwitnąć. Połoniny, widziane z podwórka od północnej strony, całe w bieli.

Różnie to z tą wiosną w Bieszczadach bywa. Jak dobrze pamiętam, minionego roku 10 kwietnia już hałasowałem wokół domu kosiarką, bo trawa była do pierwszego koszenia. Ale był to rok wyjątkowy jeśli chodzi o temperaturę. Końcem kwietnia moczyliśmy już nogi w Sanie, bo zima niemalże natychmiast przeszła do lata, dając przyrodzie kilka tygodni na  zbiorową pobudkę. Zazwyczaj jednak to w okolicach majówki następuje eksplozja zieleni. Wtedy to w lasach kwitną dzikie czereśnie a w dolinach bielą się krzaki tarniny i stare sady.

Kiedyś 21 marca chodziło się na wagary. Jednego roku, już w liceum,  zamiast do szkoły pojechałem nawet w ten dzień do… Częstochowy. Czemu akurat tam nie mam pojęcia! Chyba tylko dlatego by przejechać się pociągiem, bo zawsze lubiłem podróżować po torach. Eh… te podróże PKP w Bieszczady! To były wyprawy. Do pociągu Warszawa – Zagórz wsiadało się w Piotrkowie Trybunalskim kilka minut po północy. Trzeba było uważnie pilnować do którego się wsiada wagonu, bo gdzieś na wysokości Krakowa pociąg zatrzymywał się i dzielił na dwa składy, z których jeden jechał do Zagórza a drugi do Krynicy. Nie pamiętam dokładnie gdzie, ale za Rzeszowem, gdy już świtało,  kończyły się (a może dalej kończą) linie trakcyjne i w same góry ciągnęła nas już lokomotywa spalinowa. W Zagórzu było się po 10:00 rano. Gdy jechaliśmy grupą, już w Sanoku wsiadali ze swoją ofertą „busiarze”, których auta czekały na stacji w Zagórzu by nas przepakować za zawieźć pod same połoniny… Wracając do Częstochowy wycieczka musiała być udana, skoro do tej pory ją pamiętam. Gdzie chodzą na wagary bieszczadzcy uczniowie nie wiem. Za kilka lat może Mikołaj mi powie 🙂

Tymczasem nie oglądając się na pogodę i kalendarz czas samu się przebudzić! W pierwszej kolejności wypada zakończyć sezon zimowy, czyli zwinąć wypożyczalnię. Zabezpieczenie i schowanie do kolejnej zimy nart, butów, kijków oraz rakiet śnieżnych to zajęcie na całe popołudnie. Wokół domu roboty jeszcze niewiele ale pokoje gościnne same się po zimie nie odświeżą. A pierwsi wiosenni goście zapowiadają się już na  przyszły weekend!

Daleko te Bieszczady od wielkiego świata. Ale bywają momenty, że wielki świat niespodziewanie wkracza w Bieszczady. I tak właśnie stało wczorajszego poranka, gdy zadzwonił telefon a na ekranie wyświetliło się „Patryk – WATAHA”.

Większość z Was z pewnością  serial „Wataha” kojarzy. Można go było oglądać na programie HBO, a premiera pierwszej części miała miejsce w roku 2014. Film – w wielkim skrócie –  opowiada o losach bieszczadzkich strażników granicznych, uwikłanych w rozmaite nieczyste interesy. Sensacyjna, zmyślona, przerysowana historia,  jaka naprawdę nigdy by się zdarzyć nie mogła, osadzona została w jak najbardziej realnym bieszczadzkim świecie. Znajdziemy tam piękne plenery i panoramy, wybrane domy i mnóstwo innych ciekawych, charakterystycznych miejsc, dobrze znanych każdemu miłośnikowi Bieszczadów. Dlatego też dla większości mieszkańców Bieszczadów Wataha jest serialem,  który obejrzeć należy. Do tej pory w telewizji wyemitowano dwa sezony po 6 odcinków. Obecnie trwa produkcja sezonu trzeciego.

I tu przechodzimy do sedna. Gdy po okolicy zaczynają jeździć samochody z logo Grupy ATM, a znajomi pracujący w większych ośrodkach wypoczynkowych zaczynają narzekać na nawał pracy w teoretycznie martwym sezonie to wiadomo że „ ZNÓW PRZYJECHALI”.  W tym roku przyjechali w lutym. Kręcą się po całych Bieszczadach. Widziano ich Szczawnem blisko Komańczy, Lesku, nad Soliną, w Smolniku nad Sanem, w Berehach Górnych. Jak zapowiadają producenci serialu zakończenie zdjęć nastąpi w czerwcu, zatem pewnie nie raz będzie można ich jeszcze spotkać. Tym bardziej, że najczęściej to nie my – mieszkańcy – ich szukamy, lecz oni szukają nas! I nie mam tu na myśli tylko statystów, choć taki nabór także się odbył i każdy mógł się zgłosić. Bywa, że poszukują samochodu ze zwyżką. Albo dwóch kamperów na jutro rano. Czasem potrzeba dwa wozy strażackie i 10 gaśnic.

I właśnie takie pytanie jak to ostatnie trafiło zimą 2017 roku (przy nagrywaniu drugiego sezonu)  do prezesa jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej w Lutowiskach. A tak się składa, że to właśnie ja mam zaszczyt pełnić tę funkcję. Nawiązana wówczas współpraca pomiędzy naszą OSP a producentami serialu okazała się dla nas pod wieloma względami bardzo owocna. Nie dość, że zarobiliśmy dla jednostki sporą kasę, to spędziliśmy kilka dni na planie wśród pierwszoplanowych aktorów, poznaliśmy tajniki profesjonalnego kręcenia filmu,  a co nie którzy z nas nawet zadebiutowali gdzieś na dalszym planie. Nie ukrywam, że zarówno ja jak i koledzy strażacy niecierpliwie czekaliśmy, aż znów się do nas odezwą. No i w tamtym tygodniu wreszcie zadzwonili! Jak na razie to nie było nic szczególnie ciekawego, bo tylko zabezpieczenie pożarowe ekipy scenografów, którzy przygotowywali wystrój domu po pożarze. Innymi słowy wynosili meble z domu i je podpalali, a myśmy pilnowali by nie spaliły się całkowicie. Ale zawsze to coś, tym bardziej że zadeklarowali iż będą jeszcze naszej pomocy potrzebować.

Wczoraj natomiast, tak na szybko, potrzebny był umundurowany strażak do jednej, krótkiej sceny. A że była to niedziela, a  na dodatek dzień moich urodzin, długo się nie zastanawiałem i postanowiłem w ramach urodzinowego prezentu na te dwie godzinki pojechać na plan. Zdjęcia kręcone były w Lutowiskach więc daleko nie miałem. Na miejscu atmosfera bardzo kameralna, nie wiem czy łącznie było więcej jak 15 osób całej ekipy. Co jednak najciekawsze, w scenie udział brały tylko dwie osoby. Kto?  Leszek Lichota – serialowy Wiktor Rebrow – główny bohater  no i ja – bezimienny strażak 🙂  Konkretnie to….mijaliśmy się w drzwiach. Minęliśmy się tak chyba z 10 razy i po wszystkim. Czy znajdzie się to w filmie? Czas pokaże. Na chwile obecną dowodem wspólnego filmowego epizodu jest takie oto pamiątkowe zdjęcie.

Na planie "Watahy"

Informacja poufna dla szczególnych fanów Watahy. Dziś od godziny 4 rano trwa pogrzeb komendanta Markowskiego na cmentarzu w Lesku.