Wyprawa do Osadnego na Słowacji

Zaplanowane na poprzednią niedzielę wyjście w góry doszło do skutku. Na wycieczkę wybraliśmy się w gronie pięciu przyjaciół z naszej OSP.  Gdy jechaliśmy po 8 rano wielką obwodnicą wśród połonin okazało się, że „kolorki” już w pełni, co bardzo nas ucieszyło. Pogoda co prawda nie była idealna, ale humory dopisywały.

Autem dojechaliśmy do Maniowa, skąd prowadzi stokówka w stronę Balnicy. Oficjalnie zamknięta dla ruchu samochodowego, jednak nam udało się dojechać prawie do jej końca, jakieś 500 metrów od granicy. W końcu mam RBI na rejestracjach 😉 Tam zostawiliśmy auto i idąc drogą wzdłuż torowiska kolejki wąskotorowej około godziny 10:00 byliśmy na granicy. Kilka fotek i dobrze wydeptanym i oznakowanym szlakiem ruszyliśmy w dół. Tamtejszy las, leżący w pierwszej części szlaku na terenie Parku Narodowego Połoniny odróżniał się wyraźnie od naszego czystością poszycia. Aż nas korciło by pochodzić za rydzami rzucającymi się od czasu do czasu w oczy w okolicy ścieżki. Ale przecież nie pojechaliśmy tam na grzybobranie, więc parliśmy przed siebie. Wg oznakowań i map do wsi powinno iść się  dwie godziny, jednakże czas ten wydaje się nieco niedoszacowany. Tym bardziej, że po wyjściu z lasu robi się bardzo malowniczo, a przepływający obok szlaku potok zachęca np. do spożycia nad nim drugiego śniadania, co myśmy uczynili.

Pierwsze zabudowania napotkaliśmy jakieś dwa kilometry przed wioską. To w zasadzie jeden drewniany dom z  urokliwymi zielonymi okienicami. Potem po drodze minęliśmy jeszcze źródełko i za zakrętem pokazała się wieś. Typowa dla tej części Słowacji, gęsto zabudowana wzdłuż drogi, z podłużnymi domami stawianymi szczytami do drogi. Stare drewniane chyże przeplatały się z domami zbudowanymi w czasach komunizmu. I wszędzie mnóstwo orzechów włoskich, które wraz z porywami niewielkiego wiatru sypały nam się pod nogi i lądowały w naszych kieszeniach. Zapytana w jednym z pierwszych domów Pani powiedziała nam, że do karczmy jeszcze kilometr. Dotarliśmy tam po kwadransie, robiąc przy okazji kilka pamiątkowych zdjęć pod stojącymi we wsi pomnikami niedźwiedzia i wojaka oaz obeliskiem z gwiazdą czerwoną, stojącym naprzeciwko miejscowego urzędu. Tuż obok znajduje się też Karczma u Borisa, która – teraz mogę to już przyznać – stanowiła miejsce docelowe naszej wędrówki 😛

Dzień przed wyprawą pytałem za pośrednictwem facebooka właściciela karczmy czy będzie otwarta i potwierdził, że tak. Nie wspomniał tylko przerwie na obiad między godziną12 a 14… Nic to! Spotkany pod lokalem słowacki rowerzysta wskazał nam, gdzie znajduje się słynna osadnicka krypta wojaków z czasów I wojny światowej. Ruszyliśmy by ją odwiedzić, bo i tak mieliśmy to w planach. Krypta jest w podziemiach murowanej cerkwi, położonej na wzgórzu jeszcze kilkaset metrów dalej idąc od strony Polski. O ile dobrze zapamiętałem istnieje tam od 1935 roku! Świątynia także była otwarta, zatem zajrzeliśmy do niej by zachwycić oczy wielobarwnymi sakralnymi malowidłami i poczuć woń cerkiewnego kadzidła.

Po zwiedzaniu i ciągłej wędrówce  przyszedł czas na odpoczynek. Tak się to zawsze bywa na wschodzie Słowacji czy po stronie ukraińskiej Bieszczadów, życie toczy się wokół karczmy, ewentualnie” magazinu”. I teraz sobie wyobraźcie – podchodzisz pod karczmę, zlokalizowaną oczywiście w nieoszczędzonym przez czas budynku pamiętającym poprzednią epokę (lokal jest zamknięty), a tam pod zadaszeniem stoi wygodna welurowa sofa, stoliczek, a w tle leci delikatna nuta „Dla Elizy” Beethovena. A wszystko to w jednej z ostatnich wsi na Słowacji, położonej na totalnych peryferiach!  Siadasz, otwierasz piwo (to jedno – które na wszelki wypadek zawsze masz w plecaku) słuchasz muzyki i czekasz na barmana, któremu nie śpieszy tak samo jak i Tobie. Naszego obrazu dopełniała jeszcze biegająca pomiędzy barem a rosnącymi naprzeciwko świerkami ruda wiewiórka, taszcząca bliżej nieokreślony materiał, pewnie do wymoszczenia gniazda.

No i tutaj pasowało by historię zakończyć, bo w zasadzie cel został osiągnięty. Chwila błogiego nicnierobienia w takich okolicznościach i w takim miejscu raz na jakiś czas mi do szczęścia wystarcza.

Punktualnie o godzinie 14 przyszedł jednak Pan Borys, który po gospodarsku ugościł nas i zimnym Sarisem, kieliszkiem smacznej gruszkówki i kilkoma porcjami smażonych pierogów. Wszystko to we wnętrzu karczmy, przyozdobionej wszelkiej maści starociami i militariami, zapewne wygrzebanych z okolicy. Nie obeszło się także bez bratania z innymi bywalcami lokalu, bo jak wiadomo w takich sytuacjach bariera językowa, wiekowa, narodowościowa nie ma żadnego znaczenia, po prostu przestaje istnieć. Po dwóch godzinach, jeszcze za dnia,  opuściliśmy Osadne, by już dobrze po zmroku zameldować się na stronie polskiej.

Raz rok planujemy się wybrać do Novej Sedlicy. Kto chętny?