W pogoni za kurkami

Mam świadomość, że ostatnio mniej się na blogu dzieje, ale szczyt sezonu w pełni i pracy co nie miara. A nie będę przecież pisał o prasowaniu pościeli,  ścieleniu łóżek i myciu okien bo czy w Bieszczadach czy gdzie indziej wygląda to przecież tak samo 🙂

Wraz z wakacjami częstymi chwilami wytchnienia od codzienności bywa dla mnie grzybobranie. Najbardziej doświadczeni bieszczadzcy grzybiarze sezon zaczynają już maju, polując na „majowe prawdziwki”. Ja zazwyczaj do lasu wybieram po raz pierwszy w połowie czerwca, odwiedzając w pierwszej kolejność swoje miejsca kurkowe, bo zazwyczaj na przełomie czerwca i lipca zaczyna się wysyp tych grzybów. Tak też zrobiłem miesiąc temu. Włożyłem gumiaki, wsiadłem w „czerwoną strzałę” i … wróciłem z niczym. Jedyną pamiątką z tej wycieczki to fotografie ponadprzeciętnej wielkości ostów, które mam wrażenie osiągają w Bieszczadach rozmiary kolosalne.

Póki co ten rok nie zapowiada się na „grzybowy”, choć do jesieni jeszcze wiele może się zmienić. Swoje zrobiła pogoda bo to ona w znacznej mierze rozdaje karty. Świadomie napisałem że „w znacznej mierze” bo każde pierwsze wyjście do lasu w nowym sezonie to wielka niewiadoma, czy przypadkiem ulubione miejsca grzybowe nie zostały przeorane podczas prac leśnych i zrywki drewna. Niejednokrotnie już tak miałem ale cóż – mam świadomość że jestem w lesie gościem i nie tylko ja z niego korzystam. Pozostaje mieć zaufanie do tych, którzy się nim opiekują, że robią to w taki sposób, że za kilka lat grzyby znów się tam pojawią. Taka sytuacja to też bodziec do tego, by wędrować i szukać gdzie indziej, poznawać jeszcze nieodkryte obszary Otrytu (zazwyczaj w tym paśmie wędruję z koszykiem i scyzorykiem). A temat nie jest mi obcy, bo uczę się tego pasma od 12 lat. Na grzyby tato zabierał mnie już jako małego chłopca, ale rodzinne lasy zostały 400 km stąd. Na marginesie – ciekawe, czy po tylu latach bym się tam nie zgubił i coś znalazł!

Gdy zakotwiczyłem w Lutowiskach dobre, kilka upłynęło mi na bezproduktywnym wałęsaniu się po lesie, zanim nauczyłem się gdzie grzyby rosną i gdzie warto ich szukać. Grzybobranie wygląda tu bowiem inaczej niż na nizinach. Praktycznie jest to chodzenie od punktu do punktu, od starej jodły do świerkowego młodnika, poprzeplatane pokonywaniem jarów, obchodzeniem stromych podejść i nieustannym przedzieraniu się przez wszechobecne ostrężyny, maliny i wspomniane wcześniej osty. Ale warto! Las potrafi się bowiem odwdzięczyć szczodrością jak mało gdzie!

Jako że ostatnio było trochę chłodniej i delikatnie popadało, wybrałem się wczoraj w swoje miejsca kurkowe jeszcze raz. Po drodze odwiedziłem trzy miejscówki prawdziwkowe, ale bez żadnego rezultatu. Nie ma nawet borowików ceglastoporych, które w czerwcu na chwilę się pokazały. Pozostało więc wspinać się na wysokość około połowy wysokości Otrytu. I tutaj wreszcie niespodzianka – o dziwo coś się ruszyło!

Znów odwołam się na chwilę do przeszłości. Pierwszym moim grzybowym miejscem było właśnie „kurkowisko”. Nie wiem jakim cudem, ale już wiele lat temu trafiłem w lesie na miejsce, w którym rosło tyle kurek, że nie byłem w stanie ich zebrać. Malo tego – nikt poza mną tam nie zaglądał! Chodziłem tam regularnie co około 10 dni przez całe wakacje, za każdym razem przynosząc dwa koszyki. Jeden do domu, drugi dla Dorotki z Kuchni domowej U Biesa i Czada, serwującej z nich potem pyszne zupy i sosy. Wychodząc do lasu śmiałem się, że idę nie na kurki, lecz po kurki 🙂

Wracając do tu i teraz na taka obfitość trzeba poczekać. Na razie udało się zebrać prawie  tyle, że zakryło dno w koszyku. Ale dobre i to. Wszak doświadczenie nauczyło mnie, że grzyby letnie są w większej mierze robaczywe. Obfitość owadów jaką teraz mamy powoduje, że tylko kapelusik spod ściółki wyjdzie i zaraz jakaś cholera się tam zagnieździ. Ile to razy znalezione w lipcu prawdziwki, sprawdzane od strony ogonka – zdrowe jak dzwon, a po przekrojeniu kapelusza jedno sito. Zatem jestem spokojny , bo na te przyjdzie czas końcem sierpnia. Tak samo jak na rydze na które jeszcze w ogóle jest za wcześnie.

Na koniec muszę się przyznać, że ja tak naprawdę, to grzybów nie bardzo lubię jeść 😛  Zawsze powtarzam, że największą przyjemność sprawia mi ich znajdywanie i zbieranie, na drugim miejscu jest rozdawanie, a na końcu dopiero jedzenie 🙂 . Mam więc nadzieję, że przygotowana na bazie zebranych wczoraj kurek śniadaniowa jajecznica będzie naszym gościom smakować. Wtedy i ja będę w pełni zadowolony.

PS. Spotkałem wczoraj w lesie naszą Panią listonosz. Miała nawet w siatce jednego prawdziwka (gratulacje!!!). Powiedziała mi, że między Czarną a Polaną (słynne miejsce borowikowe)  pojawiły się już borowiki w większych ilościach. Może to dobry znak i dla nas!