Klimaty słowackiego pogranicza

Zwykło się narzekać, że wszędzie z naszych Bieszczadów daleko. Taka też prawda, że chcąc cokolwiek załatwić czy kupić trzeba jechać na północ, do Sanoka, Rzeszowa czy Przemyśla. No chyba że chcemy kupić po promocyjnej cenie paliwo to ewentualnie na wschód, jeśli mamy paszport i lubimy stać w kolejkach na granicy 🙂 Czasami jeździ się jednak i na południe czyli na Słowację. I o tym dziś słów kilka.

Pierwsza moja przygoda ze Słowacją to rok 2001  i piesza wycieczka szlakiem z Maniowa do wsi Osadne. W owym czasie w Balnicy, na polsko – słowackiej granicy,  funkcjonowało w okresie letnim turystyczne przejście graniczne, nota bene  zlikwidowane w roku 2007. Wybraliśmy się tam grupą kilku przyjaciół by przy okazji górskiej wędrówki zakupić nieco słowackiego piwa. Pamiętam jak dziś, że na granicy nie zastaliśmy nikogo, nie było też jakiś wyraźnych tabliczek o zakazie przekraczania granicy (albo ich nie widzieliśmy). Były za to oznakowania, którędy należy iść do Osadnego. Nie zważając na okoliczności, mając świadomość że jesteśmy już w połowie drogi, z  paszportami w kieszeniach ruszyliśmy śmiało przed siebie i po mniej więcej godzinie byliśmy już na starej, wąskiej asfaltowej dróżce prowadzącej do wsi. Pamiętam ogromne, oblepione orzechami  leszczyny które rosły wzdłuż wspomnianej  drogi i w miłym cieniu prowadziły nas do miejsca docelowego. Odpocząwszy pod sklepem, zapakowawszy plecaki Keltami, Smadnym Mnichem i Studentska czekoladą ruszyliśmy w drogę powrotną. Upał i ciężar plecaków dawał nam się znaki. Sytuacja była patowa, bo im bardziej odciążaliśmy plecaki na postojach, tym bardziej ubywało nam sił do marszu 😉 Na granicy znów nikogo nie było co bardzo nas ucieszyło, bo gdzieś z tyłu głowy siedziało, że chyba nie wszystko zrobiliśmy zgodnie z literą prawa. Tak czy siak, siedząc już po polskiej stronie usłyszeliśmy odgłos nadjeżdżającego pociągu! Wszak Balnica – tak samo dziś jak i przed laty to jedna ze stacji docelowych Bieszczadzkiej Kolejki Leśniej. Z nieba nam ta kolejka spadła. Jechałem nią wtedy pierwszy i jak na razie jedyny raz. Upoceni, zmordowani, podchmieleni, z ogromnymi pełnymi brzęczących butelek plecakami, w towarzystwie dziesiątek mniejszych i większych rozbawionych dzieciaków. Naprawdę było wesoło! I tak dotarliśmy do Majdanu, oszczędzając nasze osiemnastoletnie wtedy kręgosłupy.

Później temat Słowacji stał mi się bliski w roku 2008, już za sprawą obowiązków służbowych i nawiązanych wtedy partnerskich relacji pomiędzy Lutowiskami a słowackim Stakcinem, nieopodal Sniny.  Zawiązana wtedy współpraca, kontynuowana zresztą do dziś, przeplatana na przestrzeni lat wspólnymi projektami, imprezami, wymianami młodzieży, strażaków itd., po latach przyniosła mi osobiście dobre zaznajomienie się z tamtymi stronami i grono serdecznych przyjaciół wśród Słowaków.

Góry nie uznają granic administracyjnych i po naszej czy słowackiej stronie są równie piękne. To co mnie tam zawsze najbardziej fascynuje to autentyczność tego regionu. Ruch turystyczny (w porównaniu z Bieszczadami) jest tam znikomy co powoduje, że krajobraz słowackich wiosek nie zmienia się tak szybko jak u nas. Do tego historia z Rusnakami (tak sami siebie nazywają; wciąż żywy jest  także rusnacki dialekt) obeszła się łaskawiej niż z polskimi Bieszczadami, co świetnie widać po wiejskiej architekturze. Nie wspominając o tradycyjnych drewnianych budynkach sakralnych jak te we wsiach Jalova, Topola, Rusky Potok czy Ulicskie Krive. To prawdziwe perełki. No i ten niepowtarzalny klimat. W każdej, najmniejszej nawet wsi znajdzie się gospoda, gdzie można nie tylko napić się piwa czy palenki, ale także coś jeść. Pamiętam pobyt jednego razu w Runinie, gdzie spaliśmy w starej, podremontowanej pod turystów chyży, a stołowaliśmy się w gospodzie u Mira. Gdy przyszła pora obiadowa szliśmy we czterech wraz z właścicielem baru do jego mamy by przenieść do lokalu ogromny gar z gulaszem uwarzonym w domu. W wielu wsiach, np. Nowej Sedlicy, wciąż żywe są stare rusińskie zwyczaje co często obserwuję po udostępnianych w Internecie zdjęciach moich znajomych. Nie chcę pisać truizmów, że czas płynie tam wolniej i spokojniej. Po prostu kraina ta ma swój niepowtarzalny urok i folklor, który wielu wielbicielom Bieszczadów na pewno także przypadłby do gustu.  

Ostatnio byłem w Stakcinie w połowie maja na kolejnej już odsłonie imprezy pod hasłem Lude pud Nastasom, czyli Ludzie spod Nastasa (Nastas – nazwa własna pasma górskiego)  – lokalnym festiwalu podczas którego mieszkańcy całej okolicy prezentują swój dorobek artystyczny, rzemieślniczy, a także swoje aktywności w ramach rozmaitych grup tematycznych i stowarzyszeń. W okresie letnim takich i podobnych imprez odbywa się tam sporo po poszczególnych wioskach. Na festiwal pod Kremencem w Nowej Sedlicy sam planuję się kiedyś wybrać szlakiem turystycznym prowadzącym od nas przez Małą i Wielką Rawkę do Nowej Sedlicy właśnie.

Sam Stakcin to miejscowość zamieszkana przez nieco ponad 2 tysiące mieszkańców, z zapleczem hotelowym i gastronomicznym. Świetna baza wypadowa do wsi położonych w Parku Narodowym Połoniny. Nieopodal Stakcina znajduje się też przepiękny zbiornik wodny Starina, będący zapleczem wody pitnej dla 1/3 Słowacji. Z tego powodu jest on wyłączony z jakiegokolwiek użytkowania rekreacyjnego. W centrum miejscowości, która dwa lata temu świętowała 700 lat istnienia uwagę zwraca przepiękny stary park i remontowany etapami zabytkowy kasztel. W budynku Obecnego Domu (miejscowego urzędu) wynajmowane są pokoje w standardzie turystycznym za symboliczne kilkanaście euro. Ciekawostką jest też to, że w Stakcinie istnieją świątynie trzech obrządków – prawosławnego, greckokatolickiego rzymskokatolickiego. W związku z tym w niedzielę pospać się za długo nie da, bo dzwony bijące we wszystkich świątyniach na przemian od wczesnego ranka skutecznie to uniemożliwiają 🙂  Stosunkowo niedaleko ze Stakcina także na Ukrainę, bo do przejścia granicznego w Ubli jest 20 kilometrów.

Gdybyście chcieli się tam wybrać serdecznie polecam. Na koniec rada praktyczna – najlepsze piwo w Stakcinie jest tam, gdzie chodzą  miejscowi czyli  U Cvana (obok parku)  albo U Oriecha (wylotówka na Starinę). Oczywiście czapowane!